Życie. Królestwo ludzi dobrych, zwykłych żyjących z dnia na dzień istot. Jasność. Królestwo zwierząt, niewinnych stworzeń, nie krzywdzących nikogo. Ciemność. Królestwo złoczyńców, gwałcicieli, zbrodniarzy. Mrok. Królestwo istot rodem z legend i baśni. Królestwo morderców. Królestwo wampirów. Żyć własnym życiem było zaszczytem. Dzisiaj moje istnienie jest uzależnione od pragnienia. Pragnienia, które zapewniało mi przeżycie. Pragnienia, dla którego jestem gotowa zabić. Pragnienia, które opanowuje mnie całą, gdy nie zaspokajam go zbyt długo. Pragnienia krwi.
Moje rude włosy falowały na delikatnym wietrze. Szare oczy obserwowały otoczenie. Nagle usłyszałam odgłosy szamotania się. Zeskoczyłam z budynku, na którym stałam i pobiegłam w stronę z którego dochodził ten odgłos. Po chwili byłam na miejscu. Ukryta w mroku obserwowałam dziwną scenę. Kobieta objęta przez mężczyznę piszczała i gwałtownie mu się wyrywała. On wyciągał nóż z kieszeni. Wyłoniłam się z mroku niczym demon. Kobieta krzyknęła głośniej, a mężczyźnie wypadł nóż z ręki. Podeszłam do nich spokojnym krokiem. Łagodnie odsunęłam dziewczynę na bok, po czym złapałam mężczyznę. Jego tętnica pulsowała takim ciepłem.... Z westchnieniem odsunęłam od siebie pokusę. Szepnęłam mu parę słów. Chłopak odwrócił się i odszedł. Hipnoza czasami była doskonałą bronią. Spojrzałam na przerażoną dziewczynę. Podeszłam do niej i delikatnie ujęłam jej dłoń. Wiedziałam, że analizuje każdy mój ruch, wiedziałam, że myśli o zaistniałej przed chwilą sytuacji. Dla niej i każdego innego śmiertelnika wyglądałam jak anioł, który zstąpił z nieba, by uratować ich marne ludzkie życie. W rzeczywistości byłam potworem. Krwiopijcą, mordercą, istotą bez duszy, niezdolną do miłości. Przed oczami pojawiła mi się postać brata. Nikodem.... Odtrąciłam tą myśl od siebie zupełnie jakbym odganiała natrętną muchę. Skupiłam się z powrotem na dziewczynie.
- Jak Ci na imię? - spytałam leciutko krzywiąc się na dźwięk mojego śpiewnego głosu.
- Liliana - jej głos był ledwo słyszalny, ale byłam drapieżnikiem.
Mój słuch, a także wszystkie inne zmysły były niesamowicie wyostrzone. To dziwne być najdoskonalszą istotą na ziemi, której wszystkie idealne cechy mają przyciągać, chociaż ulubiona zwierzyna mojego gatunku nie ma żadnej możliwości na przeżycie nawet sekundy w starciu sam na sam. Westchnęłam. Zbyt łatwo się rozpraszałam. Ponownie skupiłam się na prowadzonej konwersacji. Z punktu widzenia dziewczyny, nawet nie odbiegłam od niej myślami.
- Liliano wrócisz teraz do domu i zapomnisz o całej tej sytuacji. Zapomnisz również, że mnie widziałaś.
Dziewczyna odwróciła się bez słowa i spełniła moje polecenie. Chwilę stałam w miejscu po czym wskoczyłam na najbliższy dach. Rozejrzałam się dookoła. Większa część miasta spała. Tylko kluby nocne żyły, jak zawsze z resztą, swoim życiem. Delikatnie wykorzystałam moc, żeby sprawdzić czy mój brat śpi. Śniłam mu się. Czułam, że jest bardzo szczęśliwy w tym śnie. Uśmiechnęłam się delikatnie i ruszyłam dalej na obchód miasta. Wciągałam powietrze raz po raz w płuca. Dbałam o bezpieczeństwo w moim mieście. Nagle do moich nozdrzy doszedł niewyobrażalnie słodki zapach. Piękny, pociągający, przyjemny, ale nie wzbudzający głodu tak jak zapach krwi najsmaczniejszych ludzi. Nigdy nie czułam czegoś takiego, więc ruszyłam zaciekawiona w stronę tego zapachu. Z każdym kolejnym krokiem był on coraz mocniejszy. Nagle poczułam, że jestem bardzo blisko jego źródła. Znajdowałam się w środku lasu porastającego wielkie połacie ziemi dookoła Kwidzyna. Wiatr delikatnie poruszał liśćmi wielowiekowych dębów rosnących w tej okolicy. Po za tym dźwiękiem panowała cisza. Las wydawał się wymarły, nawet zwierzęta pochowały się do swoich nor. Wyczuwałam ich ciepło, słyszałam stukotanie maleńkich serduszek. Z niewyjaśnionych przyczyn poczułam, że moje ciało przybiera pozycję obronną. Instynkt samozachowawczy kazał mi przygotować się do obrony. Moje uszy wyłowiły delikatny świst powietrza spowodowany ruchem. Był to dźwięk niesłyszalny dla zwykłych ludzi. Skoncentrowałam się na wzroku i po chwili dostrzegłam trzy ciemne sylwetki stojące w największym mroku. Mężczyzna o dosyć mocnej budowie ciała i ciemnych niemal czarnych włosach, wysoka, szczupła kobieta o niesamowicie jasnych włosach i drobna dziewczyna o ogniście rudej fryzurze. Tylko tyle udało mi się wypatrzyć w mroku. Nie żywiłam się od dwóch tygodni, więc moje zmysły były już mocno przytępione, zwłaszcza w trudnych warunkach. Mężczyzna stał przed kobietami i sądziłam, że to on jest przywódcą grupy. Cały czas wszyscy mieli zamknięte oczy. Niepokoiło mnie to. Blondynka uniosła głowę i z zamkniętymi oczami wyszła przed mężczyznę. Teraz zrozumiałam swój błąd. To ona była przywódczynią i to na nią musiałam uważać. Nagle na znak, którego nie zauważyłam wszyscy otworzyli oczy. Niemal zahipnotyzowana wpatrywałam się w lazurowy błękit oczu obu kobiet. Moja podświadomość jednak zwróciła uwagę na mężczyznę. Zesztywniałam. Zdążyłam się dowiedzieć, w moim krótkim wampirzym życiu, że nowy wampir dziedziczy po stwórcy kolor oczu. A kolor moich oczu idealnie pasował do odcienia oczu nieznajomego wampira przede mną. Przede mną stał mój stwórca. Osoba, która zmieniła mnie w wampira. Powoli czułam jak emocje zaczynają wpływać na moje reakcje. Z pomiędzy moich warg wydobył się złowrogi syk. Mężczyzna ugiął kolana i walcząc z instynktem samozachowawczym usiadł na ziemi. Kobiety podążyły jego śladem.
- Witaj Lauro. Musimy porozmawiać - jego przyjemy baryton przeciął ciszę niczym ostrze noża.
Witajcie.
Oto prolog do mojej powieści. Od razu zaznaczam, że rozdziały nie będą pojawiać się regularnie. Muszę mieć wenę, żeby pisać. Nie wstawiam wielu rzeczy, które uznaję za kiepskie, więc jeśli rozdział nie będzie mi się podobał to wstawię go później, ale napiszę na nowo. Z mojej strony to tyle.
Miłego czytania,
Zuza :).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz